Zamknij
Diana Gontar
Diana Gontar
fot: mat. prywatne

Himalaje na własną rękę. Jak zorganizować wyprawę pod Everest?

Jolanta Waligóra
Jolanta Waligóra Redaktor Radia Zet
05.08.2022 09:58

Trasa do Everest Base Camp to jeden z najpiękniejszych szlaków w Himalajach. Coraz więcej osób rusza na wyprawę do podnóża najwyższej góry świata, a spora część turystów organizuje wyjazd na własną rękę, bez pomocy agencji turystycznych. Tak też zrobiła podróżniczka Diana Gontar. Porozmawialiśmy z nią m.in. o tym, jak ląduje się na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata, czym jest choroba wysokościowa oraz jak wygląda typowy dzień na szlaku.

Everest Base Camp położony jest na wysokości ponad 5300 m n.p.m. Trekking pod najwyższą górę świata, Mount Everest, cieszy się ogromną popularnością. Nie ma się zresztą co dziwić. W końcu nie codziennie ma się okazje spacerować między kilkutysięcznikami. Przez wielu trasa ta uważana jest za jeden z najpiękniejszych szlaków w całych Himalajach.

Postanowiliśmy więc zagłębić się w ten temat, a pomogła nam w tym Diana Gontar. To miłośniczka podróżowania, która do tej pory odwiedziła 52 kraje i mieszkała na 3 kontynentach. Uwielbia niebanalne, organizowane na własną rękę podróże. I właśnie jedną z jej wypraw był trekking do bazy pod Mount Everest.

Jedziemy w Himalaje

Dianie udało się zrealizować tę wyjątkową podróż w listopadzie w 2019 roku. Wtedy jeszcze nie wiedziała, ile ma szczęścia. W końcu zaledwie kilka miesięcy później, w marcu 2020 r., Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła pandemię nowego koronawirusa, informując o rosnących zakażeniach na świecie. COVID-19 skutecznie pokrzyżował więc plany wielu osobom, które – tak jak Diana – planowały wyprawę do Everest Base Camp.

Czortem pamięci Polaków, którzy zginęli w górach. Postawiony z okazji 80-lecia polskiego himalaizmu w Namche Bazaar
fot. mat.prywatne

Podróżniczka w rozmowie z nami przyznała, że trekking pod najwyższą górę świata był pomysłem jej przyjaciółki, Pauliny. To właśnie ona namówiła Dianę i kilka innych osób na wyprawę do bazy pod Mount Everest. Co ciekawe, choć dla naszej rozmówczyni trekking ten nie miał być pierwszą stycznością z górami to, jak nam zdradziła, nie miała żadnego doświadczenia w przebywaniu na większych wysokościach.

- Jeździłam w góry w Polsce, ale byłam takim typowym turystą, który wychodzi na kilka godzin i idzie np. do Doliny Chochołowskiej. Ja pochodzę też ze świętokrzyskiego, więc mamy małe góry (śmiech). Czasem jeździłam tam na piesze wycieczki. Nie miałam jednak żadnego doświadczenia w przebywaniu na wysokościach powyżej 1000-1500 m n.p.m. – wyjaśniła.

Grupa Diany składała się z ośmiu osób (łącznie z nią). Nie wszyscy uczestnicy wyprawy się znali; część po raz pierwszy zobaczyła się dopiero na szlaku. Jeszcze przed wyjazdem zadecydowali, że nie będą korzystać z usług agencji turystycznych, tylko sami zorganizują sobie wyprawę do bazy pod Mount Everest. Diana zdradziła nam, że choć planowanie takiego wyjazdu jest dość czasochłonne, to daje ogromną satysfakcję. Na decyzję grupy wpłynęło również to, że do Everest Base Camp prowadzi prosta droga, więc nie ma możliwości, żeby się zgubić.

Najniebezpieczniejsze lotnisko świata

Podróż Diany do miejsca docelowego wyglądała następująco: najpierw lot z Polski do Delhi, kilkugodzinna przesiadka na lotnisku w Indiach, a następnie bezpośredni rejs do Katmandu. W stolicy Nepalu podróżniczka razem z częścią grupy spędziła dwa dni, czekając na jeszcze jedną koleżankę. Czas zajęli sobie chodzeniem po sklepach i dokupywaniem brakującego wyposażenia. Jak zdradziła, jest tam mnóstwo punktów, w których można znaleźć niezbędne akcesoria do trekkingu. Nierzadko jednak ich jakość pozostawia wiele do życzenia.

widok na dolinę w okolicy wioski Pheriche (4370 m n.p.m.)
fot. mat. prywatne

Gdy cała grupa była już razem, uczestnicy udali się na lot z Katmandu do Lukli, skąd mieli rozpocząć trekking. Nie wszyscy to wiedzą, ale lotnisko w Lukli przez wielu uważane jest za jedno z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Wpływ na to położenie portu, bo znajduje się on na wysokości ponad 2800 m n.p.m. oraz to, że ma on tylko jeden krótki pas startowy o długości zaledwie 460 m. A żeby tego było mało, pas startowy zaczyna się skałą, a kończy przepaścią. Postanowiliśmy więc zapytać Dianę o jej doświadczenia, a przede wszystkim o to, czy się bała. Jak wyjaśniła, mimo wszystko czuła głównie ekscytację.

Diana razem z grupą przeszła łącznie ok. 200 km w 12 dni. W rozmowie z nami zdradziła, że będąc jeszcze w Polsce, przygotowywała się do trekkingu m.in. na siłowni. Zaznaczyła jednak, że sam trek nie jest wyzwaniem technicznym. - To, że nie miałam doświadczenia górskiego, nikt z nas w sumie nie miał, nie było żadną przeszkodą. Jest po prostu ścieżka w górę – powiedziała. Dodała, że prawdziwym wyzwaniem jest choroba wysokościowa. Może się ona rozwinąć podczas przebywania na dużej wysokości, gdzie jest mniejsza ilość tlenu w powietrzu. - Polecam sobie poczytać m.in. o tym, jak się zaaklimatyzować, może kupić leki w Polsce lub w samym Katmandu. My korzystaliśmy właśnie z takich leków na chorobę wysokościową, ponieważ im dłużej wchodzimy w górę, tym bardziej ona nam doskwiera i trzeba sobie po prostu z tym radzić. Na mnie najlepiej działało picie ogromnej ilości wody ok. 4 litrów dziennie – powiedziała Diana. Wspominała, że sama kupiła tabletki w Nepalu i miała ciekawy „efekt uboczny”, a mianowicie… łaskotały ją pięty.

Dzień na szlaku

Zazwyczaj turyści, którzy zmierzają do Everest Base Camp zatrzymują się na noc w schroniskach i hotelikach mijanych po drodze. Tak robiła też Diana oraz pozostali uczestnicy wyprawy. Postanowiliśmy zapytać ją o to, jak takie obiekty wyglądają w środku oraz na jakie warunki można liczyć.

- Warunki są dosyć podstawowe. Przeważnie wynajmuje się dwuosobowy pokój. Najczęściej są tam wstawione dwa łóżka i w sumie tyle. Do tego jeszcze tylko jakiś koc albo kołdra, więc polecam zmarzluchom, takim jak ja, zabrać ze sobą dodatkowo śpiwór. (…) Oczywiście im wyżej, tym było zimniej. Już przy samym Everest Base Camp temperatura spadała w nocy do około -10 czy -15 stopni Celsjusza. W pokojach nie ma niestety ogrzewania – wyjaśniła podróżniczka.

Schronisko Yak w Dingboche. Jerzy Kukuczka wyruszył stąd w swoją ostatnią wyprawę
fot. mat.prywatne

Problem jest również z dostępem do ciepłej wody. Większość hotelików co prawda ma bojlery, więc można wziąć kąpiel, ale za taką przyjemność trzeba dodatkowo zapłacić. – My mocno polegiwaliśmy jednak na tej zimnej wodzie i na nawilżających chusteczkach – dodała Diana.

Im wyżej, tym było zimniej. Już przy samym Everest Base Camp temperatura spadała w nocy do około -10 czy -15 stopni Celsjusza. W pokojach nie ma niestety ogrzewania

W każdym schronisku, oprócz pokojów, jest też jedna duża sala jadalna, która na szczęście jest już ocieplana. Tam turyści nie tylko spożywają posiłki, ale i spędzają wolny czas. Nasza rozmówczyni zdradziła również, że niektóre schroniska wprowadziły opłatę za ładowanie telefonu. Dlatego osoby, które chcą zaoszczędzić, lepiej, żeby wzięły ze sobą kilka powerbanków. Dianę zapytaliśmy również o to, jak w ich wypadku wyglądał taki przykładowy dzień na szlaku.

- Zwykle wstawaliśmy około 7.00 rano. Jedliśmy śniadanie w schronisku, później szybkie pakowanie i higiena osobista. Trzeba było też przygotować sobie wodę, wrzucając do butelki tabletkę do oczyszczania. Potem wyruszaliśmy na szlak. Do przejścia mieliśmy różną odległość, ale nigdy nie więcej niż 18-20 km, czasem było to mniej ok. 10 km. Zwykle dochodziliśmy do miejsca przeznaczenia ok. 12.00-13.00 i jedliśmy obiad albo znajdowaliśmy sobie zajęcie. Graliśmy w karty, dużo książek przeczytałam – powiedziała nasza rozmówczyni.

Diana zdradziła, że są dwa terminy, w które najlepiej wybrać się na trekking – między lutym a majem oraz od września do końca listopada. – W wakacje jednak pogoda nie sprzyja wędrówce. Też większość schronisk w tym okresie się po prostu zamyka – dodała podróżniczka.

Cena trekkingu do Everest Base Camp

Cała wyprawa Diany, łącznie z biletami lotniczymi, niezbędnymi pozwoleniami itp., wyniosła ją ok. 5 500 zł. Najdroższa okazała się wejściówka na samolot lecący z Polski do Katmandu – za bilet w dwie strony zapłaciła ok. 2700 zł. - Na trekkingu budżet wynosił ok. 25 dolarów na dzień. Mówię tu o jedzeniu i zakwaterowaniu. Praktycznie nic więcej na miejscu i tak nie dało się kupić – wyjaśnił nasz gość.

Everest Base Camp (5364 m n.p.m.)
fot. mat.prywatne

Niemało kosztował też 20-minutowy lot z Katmandu do Lukli, bo ok. 170 dolarów. Między innymi z tego względu uczestnicy wyprawy zdecydowali się na powrót do stolicy Nepalu innym środkiem transportu, a mianowicie jeepem. Z perspektywy czasu Diana uważa jednak, że podróż samolotem jest znacznie wygodniejszą opcją.

Na trekkingu budżet wynosił około 25 dolarów na dzień

- Było ciężko. Droga jest bardzo męcząca. (…) Byliśmy dosyć ściśnięci, bo pan brał do samochodu tyle osób, ile się dało. Było nas 8 czy 10. Pamiętam, że kupiliśmy sobie jakąś lokalną butelkę alkoholu, żeby to przetrwać (śmiech). Cała droga, czyli od Lukli do Katmandu, zabrała nam trzy dni, a kosztowo wyniosła nas 60-80 dolarów, więc powiedzmy połowę ceny za bilet na samolot. (…) Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że chyba ten samolot jest jednak wygodniejszą opcją – wyjaśniła nasza rozmówczyni.

Diana Gontar opowiedziała nam również m.in. o tym, co je się na szlaku, jak zachowuje się organizm człowieka na takich wysokościach oraz o czym trzeba pamiętać, decydując się na trekking do bazy pod Mount Everest. Zachęcamy do odsłuchania całego odcinka podcastu. Kolejny będzie mieć premierę w piątek 19 sierpnia.

Jolanta Waligóra
Jolanta Waligóra

Absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS w Warszawie. Pisanie to nie tylko jej praca, ale też pasja. Lubi zapełniać kartki słowami, nawet jeśli trafiają tylko do szuflady. Gdy tylko nadarza się ku temu okazja, wyjeżdża w góry, gdzie czuje się jak w domu. Z zainteresowaniem śledzi także sukcesy Polaków w Himalajach. W wolnych chwilach czyta książki, a szczególną słabość ma do biografii i kryminałów. Uwielbia spacery po lesie, podróże i dobre jedzenie.

Adres e-mail: jolanta.waligora@eurozet.pl