Zamknij
Przełęcz Goderdzi, Gruzja
Przełęcz Goderdzi, Gruzja
fot: Archiwum prywatne
ŻYCIE W DRODZE

Rowerem po świecie na własnych zasadach. Podróże to dla niej styl życia

Jolanta Waligóra
Jolanta Waligóra Redaktor Radia Zet
17.02.2022 11:13

Podróżuję solo, staram się unikać słowa "samotnie". Ma ono negatywną konotację. To jest po prostu podróż w pojedynkę - mówi Ewa Świderska, czyli "Ewcyna", która od niemal dekady żyje w drodze, przemierzając świat na rowerze.

Z wykształcenia jest psycholożką i menadżerką turystyki, a ostatnio nauczycielką języka angielskiego. Prywatnie woli jednak określenie "indywidualny szwendacz rowerowy". Odwiedziła blisko pięćdziesiąt krajów na trzech kontynentach, a najwięcej czasu spędziła w Azji. Wróciła z niej do Europy, jadąc legendarnym Jedwabnym Szlakiem - z Chin przez Azję Centralną (Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan), Bliski Wschód (Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie), Kaukaz (Azerbejdżan, Armenia, Gruzja) i Turcję. Podróżuje budżetowo. Sypia pod namiotem, w hostelach, czasem wynajmuje pokój, czasem ktoś ją ugości.

Kilka lat temu zwolniła tempo i coraz częściej zatrzymuje się gdzieś na dłużej. Ostatnio spędziła miesiąc w Czechach, potem w Chorwacji, od grudnia jest we Włoszech i będzie tam do późnej wiosny. Na swoim blogu www.ewcyna.com  oprócz historii z drogi zamieszcza informacje praktyczne - opisy tras rowerowych oraz refleksje na temat solo podróżowania rowerem po świecie z kobiecej perspektywy. Od kilku lat częściej jednak bywa i publikuje relacje na swoim Fanpage na Facebooku i Instagramie.

Jak sama mówi, jej podróże to nie wakacje, nie projekt i nie wyścig - to styl życia. Nie chodzi w nich o zdobywanie kilometrów, bicie rekordów prędkości, rywalizacji o inne "naj". Twierdzi, że należy wykluczyć z użycia słowa "powinnaś/ powinieneś", bo wyrażają oczekiwania innych wobec ciebie.

Jestem w swoim mieszkaniu pod Warszawą, pani Ewa na południu Włoch, w malowniczym regionie Apulia. Łączymy się przez Skype.

Jolanta Waligóra: Żyje pani w drodze.

Ewa Świderska: Od ponad ośmiu lat. Pod koniec 2013 roku wyjechałam i zostawiłam swoje "stacjonarne" życie w Polsce. Bywam w kraju dość często, ale wciąż dużo się przemieszczam.

Zazwyczaj przełomowe decyzje o zmianie swojego życia podejmuje się pod wpływem jakiegoś impulsu. Czasem jest to rozstanie, gorszy okres w pracy czy złe wyniki badań. Jak to było w pani przypadku?

Tak, w moim przypadku było podobnie. W 2012 roku odeszłam ze skądinąd niezwykle ciekawej pracy. Nie dokończyłam ważnych projektów, ale nie byłam w stanie, bo atmosfera stała się nie do zniesienia. Życie w dużym stresie mnie wykańczało. Zdecydowałam się wtedy na zmiany w życiu. Zaczęłam od odkładanej od lat psychoterapii, a po jej skończeniu wyleciałam w wymarzoną podróż rowerem po Japonii. Skupiłam się na sobie.

Zaczęłam od odkładanej od lat psychoterapii, a po jej skończeniu wyleciałam w wymarzoną podróż rowerem po Japonii

Dlaczego Japonia?

Byłam tam wcześniej dwa razy służbowo i zakochałam się w tym azjatyckim państwie. Wtedy powstał pomysł przejechania Japonii rowerem, bo kraj ten nadaje się do tego idealnie, a ja zawsze kochałam podróżować na dwóch kołach. Wiosną 2013 roku plan się ziścił. Spędziłam wówczas w Japonii trzy miesiące, przejechałam kraj z południa na północ i… nie chciałam wracać. Ta podróż sprawiła, że zasmakowałam życia w drodze na rowerze. Postanowiłam więc żyć w ten sposób dopóty, dopóki będzie mi to sprawiać radość. Wróciłam wtedy do Polski, przeorganizowałam życie, wynajęłam swoje mieszkanie i w grudniu ponownie wyleciałam, tym razem na Filipiny. Chociaż miałam też bilet powrotny, nie wykorzystałam go. Zupełnie nie miałam pojęcia, ile mi się zejdzie – na początku myślałam o kilku miesiącach.

Wąwóz Skaczącego Tygrysa – kanion na rzece Jangcy w prowincji Junnan w południowych Chinach.
fot. Archiwum prywatne

Jeżeli można, porozmawiajmy o pieniądzach. W jaki sposób zdobywa pani środki na podróże?

Na początku miałam pieniądze, które zostały ze sprzedaży mieszkania po moich rodzicach i wspierały mnie kwoty z wynajmu mojej kawalerki. Kiedy te środki się skończyły, uczyłam języka angielskiego w Chinach. Zagraniczni nauczyciele języka angielskiego mają (mieli, bo teraz jest inaczej) tam z reguły zapewnione mieszkanie, więc ten koszt odpada. Praca była dość dobrze płatna, dzięki temu trochę zaoszczędziłam i podreperowałam swój budżet. Teraz uczę przez internet. Przed pandemią zrobiłam kurs nauczania języka angielskiego CELTA, zdobyłam międzynarodowy certyfikat. Jak wspomniałam, wynajmuję też swoje nieduże mieszkanie w Warszawie no i dość często mieszkam gdzieś w ramach housesittingu. Podkreślam jednak, że żyję bardzo oszczędnie.

No właśnie, pisała mi pani w e-mailu, że obecnie jest "na housesittingu". O ile dobrze rozumiem, oznacza to opiekę nad domem pod nieobecność jego właścicieli.

Tak, przede wszystkim chodzi o opiekę nad zwierzętami w domu - głównie są to psy i koty, które nie lubią zmieniać domu ani być same. Właściciel zwierząt udostępnia swoje mieszkanie obcej osobie, która opiekuje się czworonogami, a przy okazji może wykorzystać pobyt, by na przykład zwiedzić okolicę. To dość fajna opcja dla miłośników podróży i zwierząt, chociaż wciąż mało znana w Polsce. Ostatnio nawet opisałam swoje doświadczenia na blogu, by przybliżyć ją innym.

Po raz pierwszy usłyszałam o housesittingu jak zaczęłam podróżować. Spotykałam wtedy osoby, które korzystają z tego rozwiązania. Sama zaczęłam szukać tego typu opcji trzy lata temu. Przestało mi wówczas odpowiadać bycie cały czas w drodze. Chciałam gdzieś pomieszkać, poświęcić czas na naukę i zwiedzanie. Miałam dużo szczęścia, bo nie mając żadnych referencji (a jak można się domyśleć, referencje z poprzednich miejsc są bardzo istotne), udało mi się znaleźć pierwszy housesitting i to od razu we włoskiej Toskanii - niezwykle pięknym zakątku świata.

To są płatne oferty?

Nie, bo to obopólna korzyść - housesitter ma zapewnione lokum i często są to atrakcyjne miejsca, a właściciel czworonoga opiekę dla niego. Ostatnio zaczęły jednak docierać do mnie informacje, że bywają i płatne oferty.

Czyli ma teraz pani przerwę od roweru, czy organizuje sobie jakieś jednodniowe wypady po okolicy?

Oj tak, jestem uzależniona od roweru! W zasadzie się z nim nie rozstaję. Nie tylko dlatego, że bardzo to lubię (naprawdę bardzo!), a aktywność fizyczna wpływa świetnie zarówno na ciało, jak i na psychikę, ale też z powodu moich problemów zdrowotnych. Chory kręgosłup nie pozwala mi na długie wędrówki ani dźwiganie, więc nie dla mnie podróże z plecakiem. Poza tym uwielbiam poznawać nowe miejsca z perspektywy dwóch kół - uważam, że to najlepszy sposób.

W jednym z ostatnich postów na Facebooku napisała pani: "Przez 8 ostatnich lat życia na rowerze zmieniły mi się priorytety, podejście do podróży również". Jak wyglądało pani życie na początku tej drogi, a jak wygląda teraz?

Przez pierwszych kilka lat cały czas się przemieszczałam. Wszystko było dla mnie nowe, oczywiście dalej wciąż dużo rzeczy i miejsc jest. Takie podróżowanie ma jednak wady i zalety. Z jednej strony nie ma monotonii, ciągle coś się zmienia - ludzie, krajobrazy, kultura. Z drugiej możemy tylko pobieżnie zapoznać się z danym miejscem i ludźmi. Nie nawiązuje się trwałych relacji, bo nigdzie nie zostaje się na dłużej. Po jakimś czasie poczułam, że coś mi w życiu ucieka i trochę zmieniłam podejście do podróży. Zaczęłam zostawać w jednym miejscu na dłużej - tydzień, dwa, miesiąc, kilka miesięcy.

Co panią najbardziej zaskoczyło w podróży? Domyślam się, że przed jej rozpoczęciem miała pani jakieś oczekiwania.

Na pewno oczekiwałam, że takie życie będzie interesujące, czasem jest ono jednak bardzo męczące. Głęboko poruszyła mnie bieda. Chociażby Filipiny - pierwszy kraj, który odwiedziłam bardzo brutalnie mi uświadomił, w jak koszmarnych warunkach żyje wiele ludzi na świecie. To nie jest pocztówkowy raj. W stolicy Manili zobaczyłam setki bezdomnych osób, dzieci żyjące na ulicach. Tak jest w wielu miejscach na świecie i póki się tego nie zobaczy, trudno sobie zdać z tego sprawę. Podczas mojej podróży zobaczyłam też, jak zła jest sytuacja kobiet na świecie, jak bardzo ograniczone są ich prawa.

Pojawienie się w małej wiosce zawsze wzbudza zainteresowanie miejscowych. Wyspa Negros, Filipiny
fot. Archiwum prywatne

Podróżuje pani głównie sama i - jak pisze na swoim blogu - korzyści z tego są nie do przecenienia. Co najbardziej podoba się pani w podróży solo?

Głównie to, że sama o sobie decyduję. Przyznam, że nie za bardzo potrafię iść na kompromis, dlatego nie za dobrze sprawdzam się w duetach bądź większych grupach. Poza tym jest aspekt praktyczny - jeżdżę dość wolno. Czasem zatrzymuję się co chwila, by coś sprawdzić na mapie. Innych może to denerwować. Bardzo trudno znaleźć kogoś, kto wlecze się w tym samym tempie (śmiech). Solo podróżująca kobieta wzbudza u ludzi instynkt opiekuńczy. Są ciekawi, stają się bardziej otwarci, zagadują, czasem zapraszają do siebie.

Jest też druga strona medalu. W jednym z wywiadów mówiła pani, że była ofiarą napaści na tle seksualnym.

Dwuznaczne propozycje są dość częste w każdej szerokości geograficznej. Zdarzyły się też niestety poważne napady - miały miejsce w Iranie. Wydarzyło się to po 4 latach życia w drodze i bardzo mną wstrząsnęło, bo zakładałam, że umiem i wiem jak temu zapobiec. Sprawa otarła się o tamtejszy wymiar sprawiedliwości i polską ambasadę.

Nie pomyślała pani wtedy, że podróż w pojedynkę jest jednak zbyt niebezpieczna?

Myślałam wtedy długo nad tym, czy chcę i umiem coś zmienić, ale doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie inaczej podróżować. To zdarzenie mocno jednak na mnie wpłynęło. Przez kilka tygodni nie wsiadłam na rower, przemieszczałam się tylko autobusami. W Iranie spędziłam aż dwa miesiące, ale zatrzymywałam się w różnych miejscowościach na kilka dni, tydzień. Na rowerze nie czułam się komfortowo. Kobieta na dwóch kołach działa na wielu miejscowych mężczyzn jak płachta na byka, dokuczali mi nawet chłopcy. Trochę krytykuję przez to Iran, bo uważam, że skądinąd uważany przez wielu podróżników za najwspanialszy i najgościnniejszy kraj na świecie, nie jest odpowiedni dla solo podróżujących rowerzystek. Nie byłam jedyną, której przydarzyło się tam coś niefajnego.

"This is a men's world". Mężczyźni wychodzący z meczetu po głównej modlitwie w piątek (Nizwa, Oman)
fot. Archiwum prywatne

Wielu podróżników mówi, że zwiedza świat, bo tylko w ten sposób może poznać ludzi, których nie poznaliby w żadnym innym wypadku. A pani nawiązała jakieś trwałe przyjaźnie?

Każde spotkanie z drugim człowiekiem wniosło coś do mojego życia. Oprócz ludzi poznanych w drodze bardzo cenię sobie przyjaźnie z kobietami podobnymi do mnie - żyjącymi przez długi czas na rowerze i jeżdżącymi solo. Z niektórymi jestem w stałym kontakcie. Chociaż nigdy się nie spotkałyśmy, jesteśmy sobie niezwykle bliskie. Rozmawiamy przez internet, dzielimy się osobistymi sprawami.

A co z miłością?

Jestem z tej samej gliny, co reszta ludzkości. Zdarzyły mi się zakochania i romanse. Każdy człowiek ma potrzebę bliskości. Trudno jednak o trwały związek żyjąc tak, jak żyję.

Czuje się pani czasem samotna?

W czasie podróży raczej nie… wbrew pozorom dużo się wtedy dzieje, ale owszem, bywam samotna. Ostatnio nawet wspominałam swoje pierwsze czy drugie święta Bożego Narodzenia poza domem. W Wigilię nocowałam w namiocie na stacji benzynowej w Tajlandii. Pamiętam, że nie było mi z tym za dobrze, ale w końcu taką podjęłam decyzję

Co pani robi, żeby odzyskać motywację?

Nie za bardzo muszę o nią walczyć, wciąż ciekawi mnie świat, ale fakt, bywam zmęczona. Staram się wtedy poszukać miejsca, w którym będę mieć pokój tylko dla siebie. Izoluję się od świata, odpoczywam. Czasem przez cały dzień nie wychodzę z łóżka. Najczęściej to pomaga. Bywa też tak, że coś doskwiera bez przerwy i wtedy trzeba pomyśleć o zmianie. Na przykład tak bardzo zmęczył mnie pobyt w Wietnamie, że postanowiłam wyjechać z kraju wcześniej, niż planowałam. Zamierzałam zostać trzy miesiące, wyjechałam po trzech tygodniach. Jest tam niezwykle głośno, a przy mojej nadwrażliwości dźwiękowej nie byłam w stanie przyzwyczaić się do takiego hałasu. Ponadto akurat była najgorętsza pora roku, czyli kwiecień i maj, więc upał mnie absolutnie paraliżował i zniechęcał. Do tego doszły jeszcze osobiste problemy, zamieszanie z najmem w Polsce i zamiast planowanego podjęcia pracy w Tajlandii kupiłam bilet i przyleciałam do Polski. Do lepszej pogody, rodziny i przyjaciół. 

Słucha pani siebie i podąża za swoimi potrzebami.

Zdecydowanie. Wiem, że to egoistyczne, ale tak już mam. Nie chcę spełniać czyiś oczekiwań i potrzeb, ale swoje własne.

Jakie słyszała pani komentarze na swój temat?

Nie wiem, czy to jest akurat ważne. Odbiór mojej osoby i tego, co robię, jest z reguły pozytywny. Często słyszę, że jestem odważna, chociaż ja naprawdę nie czuję, żebym robiła coś wyjątkowego. W środowisku rowerowym często krytykowana jest ilość bagażu, jaki wożę, bo jest to trochę wbrew obecnym standardom, by zabierać jak najmniej. Spotkani po drodze rowerzyści, zamiast spytać: "Jak się masz, gdzie jedziesz", czy "Jak masz na imię", kwitują tylko: "Ile ty tego ze sobą wozisz, po co ci to?"

Rzeczywiście mam duży bagaż. Nikt jednak nie bierze pod uwagę tego, że mam tam rzeczy na zimę i na lato, komputer, aparat i trzy obiektywy. Wożę też ubrania na zmianę, ale nie ważą dużo. Czuję jednak komfort, gdy posiadam pięć koszulek, a nie dwie. Taki jest mój wybór, ja to w końcu wiozę.

Kiedyś bałam się nocować na dziko, teraz to stały i lubiany przeze mnie element podróży (zwijanie obozowiska, Oman)
fot. Archiwum prywatne

Gruzja, Armenia, Iran, Japonia, Birma, Kambodża, Oman - można by jeszcze długo wymieniać. Czy ma pani jakieś swoje przysłowiowe "miejsce na ziemi"?

Moja podróż od początku jest takim szukaniem miejsca na ziemi, ale jakoś tego ideału nie mogę znaleźć (śmiech). Miło jest wracać do wielu krajów, ale dłuższy w nich pobyt mnie trochę nudzi. Ostatnio zaczęłam przyglądać się różnym miejscom pod kątem zamieszkania, zaczęłam zwracać uwagę na kwestie praktyczne. Chociażby tu na południu Włoch, gdzie obecnie jestem. Choć region kojarzy się z gorącem, zimy są dość ciężkie – nie ma śniegu, ale bardzo wieje, a wilgoć przenika na wskroś. W domach jest zimno, a ogrzewanie jest problematyczne i drogie.

W jaki sposób obiera sobie pani kolejne cele podróżnicze?

Chyba szukam miejsca, w którym będzie cieplej. Najlepiej takiego, gdzie jeszcze nie byłam.

Podróż za słońcem.

Trochę tak, szczególnie zimą. Wiem, że nie jestem jedyna, bo robi tak coraz więcej osób. Nie lubię zim w naszej szerokości geograficznej. Przez kilka miesięcy w roku niemal nie wychodzi słońce. Poza tym jest kłopot z używaniem roweru, bo przez sól na ulicach bardzo się niszczy.

No właśnie. Rower, jak zresztą wszystko inne, czasem się psuje, części się niszczą. Sama radzi sobie pani z jego naprawą?

Wstyd przyznać, ale słabo sobie radzę. Jestem antytalenciem w kwestiach technicznych, dlatego przed wyruszeniem w drogę zainwestowałam w dobry rower z nadzieją, że to ograniczy problemy i tak faktycznie jest. Z rowerowych napraw ogarniam wymianę i łatanie dętki. Z wszystkimi innymi sprawami zgłaszam się do serwisów rowerowych, radzę się innych. Naprawdę tego typu kwestie nie powinny nas blokować przed podróżą rowerem!

Eksplorowała pani także Polskę, więc na pewno widziała wiele malowniczych miejsc. Mogłaby pani polecić naszym czytelnikom jakąś trasę rowerową, która wyjątkowo zapadła pani w pamięci?

Trasy rowerowe w Polsce to temat rzeka. Wciąż daleko nam do wielu krajów na świecie (są też takie, które są daleko za nami), ale na szczęście są już regiony, które dostrzegły potencjał w turystyce rowerowej i inwestują w infrastrukturę. Robi tak Małopolska i Pomorze Zachodnie - to liderzy w Polsce pod tym względem. Przez ostatnie dwa sezony letnie jeździłam tam dużo i nawet opisałam na blogu trasy, które mnie najbardziej zachwyciły. Mogę więc z czystym sumieniem polecić te miejsca. Kocham jednak najbardziej wschodnią część Polski i Pogórze Karpackie. Drewniane cerkwie są unikalne na skalę światową, niezwykle piękne, niesamowite. Powstała tam zresztą najdłuższa trasa rowerowa w Polsce, Green Velo, ale jej odcinki mają różną jakość. Ja akurat lubię jeździć bez trzymania się żadnej konkretnej trasy.

Taki jest mój styl. Jechać tam, gdzie mi się podoba. Bez GPS-u

Nie myślała pani o napisaniu książki? Zdaje się, że wiele osób panią do tego namawia.

Myślałam. Zdradzę też, że nad nią pracuję. Przez długi czas powstrzymywała mnie myśl, że teraz co druga osoba podróżująca po świecie chce pisać książkę. Zmieniłam zdanie po podróży Jedwabnym Szlakiem. Jest to dla mnie najważniejszy etap życia w drodze, dużo mnie nauczył. Wiele się wtedy wydarzyło i było to na tyle ciekawe, że pomyślałam, że warto podzielić się tę historią z innymi.

Plac Imama w Isfahanie to zabytek z listy UNESCO i jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w Iranie
fot. Archiwum prywatne

Jak nie rower to co?

Rower gości w moim życiu od wielu lat i trudno tu o godną konkurencję. Wciąż uważam, że to optymalny sposób na podróż, życie, utrzymanie w zdrowiu ciała i psychiki. Zawsze dużo podróżowałam i zawsze ciągnęło mnie gdzieś dalej. Trudno to przerwać.

O czym pani marzy?

O mój Boże (śmiech). Znaleźć to jedyne miejsce na ziemi i kogoś bliskiego.

Jakie plany na 2022 rok?

Nie planuję zbyt dużo i zbyt często. Niedługo jadę na drugi housesitting we Włoszech, do Toskanii, gdzie będę z kilkutygodniową przerwą do końca maja. Latem przyjadę do Polski. A potem zobaczymy.

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Pani dobrych decyzji i szerokiej drogi.

Dziękuję.

Jolanta Waligóra
Jolanta Waligóra

Absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS w Warszawie. Pisanie to nie tylko jej praca, ale też pasja. Lubi zapełniać kartki słowami, nawet jeśli trafiają tylko do szuflady. Gdy tylko nadarza się ku temu okazja, wyjeżdża w góry, gdzie czuje się jak w domu. Z zainteresowaniem śledzi także sukcesy Polaków w Himalajach. W wolnych chwilach czyta książki, a szczególną słabość ma do biografii i kryminałów. Uwielbia spacery po lesie, podróże i dobre jedzenie.

Adres e-mail: jolanta.waligora@eurozet.pl