Zamknij
Bożena Budzyńska podczas wyprawy na Machu Picchu
Bożena Budzyńska podczas wyprawy na Machu Picchu
fot: Archiwum prywatne

Tajemnicza Polka podbija internet. Kim jest podróżniczka w czerwonej sukience?

Nina Czochara
Nina Czochara Redaktor Radia Zet
12.05.2022 10:31

Od ponad 6 lat jest w niemal ciągłej podróży. Podczas wypraw po różnych zakątkach świata nie rozstaje się z czerwoną sukienką i czerwonymi szpilkami, w których pozuje na tle znanych atrakcji turystycznych. Bożena Budzyńska opowiada o niezwykłym projekcie „BB Lady in Red”, który zdobył ogromną popularność na Instagramie.

Pochodzi z Podhala, a od ponad 30 lat mieszka w Chicago. Jej ogromną pasją od zawsze była fotografia. W USA zaczęła studia fotograficzne i przez wiele lat zawodowo zajmowała się robieniem portretów rodzinnych. W pewnym momencie wypaliła się zawodowo i odstawiła na kilka lat aparat. Dopiero poznanie Instagrama pozwoliło jej na nowo czerpać radość z fotografowania. W internecie zasłynęła dzięki projektowi „BB Lady in Red” – w czerwonej sukience przemierza świat i pozuje w niezwykłych miejscach. Jej zdjęcia „w czerwieni” można zobaczyć na instagramowym profilu @goralka102, który obserwuje już ponad 90 tys. osób. Podczas naszej rozmowy pani Bożena Budzyńska spędza urlop w Polsce, w Poroninie. Łączymy się telefonicznie.

Nina Czochara: Wyczytałam w jednym z wywiadów, że w każdą podróż, od ponad 6 lat, zabiera pani do plecaka czerwoną sukienkę…

Bożena Budzyńska: To prawda, nie ruszam się z domu bez czerwonej sukienki, ale też czerwonych szpilek. Podróżują ze mną od lat.

A skąd wziął się pomysł, aby w czerwonej sukience i wspomnianych czerwonych szpilkach pozować do zdjęć w różnych zakątkach świata?

Wszystko zaczęło się około 2016 roku. Odkryłam wtedy coś takiego jak Instagram (śmiech). Mieszkałam już w Chicago i spodobało mi się to, że obserwując w sieci zdjęcia innych osób, mogę odkrywać to miasto na nowo. W tym czasie wśród młodzieży były dwa trendy – fotografowanie się na punktach widokowych ze spuszczonymi w dół nogami, takie „zwisające trampki”, a drugie to robienie zdjęć na dachach wieżowców. Ponieważ byłam chyba najstarsza z „z tego towarzystwa”, postanowiłam pokazać im, jak naprawdę robi się zdjęcia. I zamiast trampek, założyłam do zdjęcia czerwone szpilki. Tak powstała seria #bbredshoesadventure.

A później pojawiła się też czerwona sukienka…

Tak, potem nadchodziły moje urodziny i wymarzyłam sobie zdjęcie na jednym z chicagowskich wieżowców. Zaangażowałam w to moją koleżankę, która wie, jak dostać się w trudno dostępne miejsca. Jadąc na tę sesję zdjęciową, kupiłam sobie czerwoną, wieczorową sukienkę. Wiedziałam, że będzie dobrze pasowała do takiego ujęcia. Sesja trwała krótko, zaledwie 10 minut. Musiałyśmy uciekać przed ochroną schodami przeciwpożarowymi, bo ktoś doniósł, że „dwie dziewczyny szaleją na dachu”. Ale właśnie ta fotografia, która zresztą spotkała się z bardzo ciepłym odbiorem na Instagramie, zapoczątkowała serię #bbladyinred. Wiedziałam, że czerwona sukienka już mnie nie opuści. Projekty #bbredshoesadventure i #bbladyinred powstały oddzielnie, ale z czasem połączyły się w jedno.

Projekt "BB Lady in Red" na Instagramie ma już ponad 90 tys. obserwujących
fot. Archiwum prywatne

Dlaczego pozuje pani zawsze tyłem do aparatu? Nie znalazłam ani jednego ujęcia z przodu.

W moim projekcie nie jest ważna osoba, ale przeżycia. Na tych zdjęciach chcę reprezentować kogoś, kto zachwyca się światem i zaprasza innych do wspólnego odkrywania. Każdy może wpisać się w „postać w czerwonej sukience”, podróżować ze mną i podziwiać krajobraz, który oglądam. „BB Lady in Red” nie jest projektem o mnie, ale o świecie.

W jaki sposób wybiera Pani miejsca i atrakcje, na tle których powstają zdjęcia do serii „BB Lady in Red”?

Na początku projektu, z racji tego, że przebywałam w Chicago, postanowiłam fotografować to miasto z innego punktu widzenia. Wybierałam najciekawsze punkty i „wstawiałam” tam siebie jako akcent, osobę podziwiającą dany krajobraz. Później wybrałam się na wycieczkę do Norwegii, gdzie miałam okazję wejść w sukience na górę Kjerag, czyli słynną zaklinowaną skałę. Projekt z czasem rozszerzył się na inne kraje. Tak naprawdę przed każdą sesją wyszukuję najciekawsze miejsca, w krajobraz których mogę się najlepiej „wkomponować”. Wcześniej oglądam bardzo dużo zdjęć z albumów czy fotografii innych osób na Instagramie. Staram się każde pojedyncze ujęcie jak najlepiej zaplanować.

Na każdą sesję musi pani jechać bardzo dobrze przygotowana.

Tak, zawsze wcześniej się przygotowuję. Mam już wizję tego, co chciałabym zrobić, sfotografować. Czasami wybieram sobie plan dłuższej wycieczki. Na przykład w 2019 roku bardzo chciałam zobaczyć siedem cudów świata. Wtedy było to bardzo proste, bo wiedziałam, w które miejsca dokładnie jadę. Oglądałam tylko wcześniej zdjęcia każdego „cudu” i planowałam wykonanie konkretnego ujęcia.

A kto wykonuje zdjęcia?

Angażuję w to rodzinę, znajomych i przypadkowe osoby, które spotykam już na miejscu. Ja swoje zdjęcia planuję zwykle przy wschodzie słońca, ponieważ zależy mi na tym, aby uniknąć tłumów w popularnych miejscach. O tej porze zazwyczaj spotykam fotografów, którzy też polują na wschodzące słońce. Przedstawiam im się, opowiadam swoją historię, a potem daję swój aparat i mówię, jak chcę, aby to zdjęcie wyglądało. Wszystko jest ustawione, wystarczy tylko nacisnąć przycisk. Zdarza się czasami, że muszę skorzystać ze statywu.

Czy były jakieś miejsca, w których nie udało się zrobić zaplanowanego ujęcia?

Był jeden taki moment, w Machu Picchu, kiedy myślałam, że się nie uda. Podobno lokalne władze miały złe doświadczenia z jedną z agencji reklamowych. Grupa osób bez odpowiedniego pozwolenia weszła na teren Machu Picchu i nagrywała tam reklamę jakiegoś produktu. Gdy przy wejściu zauważono, że założyłam czerwoną sukienkę, od razu pomyśleli, że to też będzie jakaś reklama. Strażnicy zaczęli mnie stamtąd wypraszać. Był wtedy ze mną przewodnik, Peruwiańczyk, któremu powtarzałam, że muszę zrobić to zdjęcie. Nie przyjmowałam do wiadomości, że może się nie udać. Mój przewodnik powiedział tylko: „uspokój się, zrobimy to zdjęcie”.

I zrobiliście?

Tak, ostatecznie się udało. Odeszliśmy po prostu kawałek od miejsca, w którym pierwotnie chciałam się ustawić. Mój przewodnik poprosił kolegę, żeby obserwował, czy strażnicy nie są w pobliżu. Tak naprawdę z każdego zaplanowanego wcześniej miejsca wracałam ze zdjęciem, chociaż czasami trzeba było włożyć w to więcej wysiłku.

Wcześniej wspominała pani o tym, że pozowała na górze Kjerag w Norwegii. Widziałam to zdjęcie i przyznam szczerze, że dla mnie samo patrzenie na to ujęcie mrozi krew w żyłach. Czy robienie zdjęć w takich punktach, w sukience, jest bezpiecznie?

To popularny punkt, na który wchodzi wiele osób. Chociaż na pewno nie jest to miejsce dla tych, którzy mają lęk wysokości. Ja wchodząc na ten kamień, miałam na sobie wprawdzie czerwoną sukienkę, ale podwinęłam ją do pasa (pod spodem były legginsy) i rozwinęłam dopiero do zdjęcia. Dodatkowo byłam w adidasach, a czerwone szpilki tylko trzymałam w ręce. Początkowo myślałam, że uda mi się te szpilki założyć na skale, ale zrezygnowałam. Bezpieczeństwo jest jednak dla mnie najważniejsze. Nie chciałam, żeby było to moje ostatnie zdjęcie.

Czy właśnie to zdjęcie dostarczyło pani najwięcej adrenaliny?

Każde zdjęcie, które wymaga ode mnie wysiłku, dostarcza mi adrenaliny. W przypadku góry Kjerag samo dojście do tego miejsca to były 2,5-3 godziny. Przyznam szczerze, że po tym ujęciu na zaklinowanym kamieniu sercu biło mi do końca dnia.

Dużym wyzwaniem było też dla mnie zdjęcie na Mnichu w Tatrach. Na ten szczyt wprowadził mnie przewodnik Grzegorz Bargiel. Czerwoną sukienkę miałam na sobie, ale w czasie samej wspinaczki była podwinięta pod kurtką. Byłam też oczywiście w kasku i uprzęży. Do samego zdjęcia zdjęłam na moment kask. Na tym ujęciu widoczna jest jednak lina – chciałam, aby odbiorcy widzieli, że byłam przypięta i wszystko odbywało się z zachowaniem pełnych zasad bezpieczeństwa.

A ma pani swoje ulubione zdjęcie w czerwonej sukience?

Dla mnie jest to zawsze ostatnie ujęcie, które nazywam moim „najmłodszym dzieckiem”. Chociaż są oczywiście zdjęcia szczególnie bliskie mojemu sercu. Są to zwykle ujęcia, które wyszły spontanicznie. Jednym z nich jest zdjęcie w Pekinie z panną młodą w czerwonej sukience. Trwała wtedy jej sesja ślubna, ja akurat przechodziłam i postanowiłam (na migi) zaprosić ją do wspólnego zdjęcia. To był krótki i ekscytujący dla mnie moment, który udało się uchwycić na fotografii. Muszę tutaj też wspomnieć o zdjęciu w Kartagenie gdzie pozowałam z kobietami, które są symbolem Kolumbii. To również było ujęcie spontaniczne, ale dla mnie niezwykłe.

Bożena Budzyńska stara się każde ujęcie jak najlepiej zaplanować
fot. Archiwum prywatne

Wiele osób jest zachwyconych pani zdjęciami, ale w komentarzach pojawiają się też opinie, że niektóre ujęcia to fotomontaż. Jak jest naprawdę?

Wiem, że takie komentarze się pojawiają i części osób trudno uwierzyć, że w niektórych miejscach mogę pozować w sukience. Ale zapewniam, że żadne ze zdjęć nie jest fotomontażem. Nigdy nie wkleiłam swojej osoby w miejsce, w którym nie byłam. Zdjęcia są oczywiście nieco obrobione, ale tylko po to, by nadać im odpowiednią barwę i charakter. Mam takie jedno ujęcie z Bali, gdzie stoję na słynnej huśtawce nad przepaścią. W przypadku tego zdjęcia usłyszałam głosy, że „na pewno się wkleiłam, niemożliwe, abym tak się utrzymała na huśtawce”.

Ale to właśnie komentarze sugerujące, że niektóre zdjęcia to fotomontaż, zmobilizowały mnie do nagrywania krótkich filmików, tak zwanych rolek. Teraz podczas każdej sesji chcę mieć też dodatkowo nagranie dla potwierdzenia, że naprawdę odwiedziłam dane miejsce.

Zwróciłam szczególną uwagę na rolki z „biegnącymi w powietrzu nogami w czerwonych szpilkach”. Czy ma to coś symbolizować?

Radość, po prostu radość. Jestem i cieszę się z tego, co mnie otacza.

Mnie to przekonuje.

Prawda? Tego chyba nie trzeba tłumaczyć.

A jeśli mówimy o nagraniach, to widziałam, że w czerwonej sukience jeździła już pani na nartach, skakała do wody czy pływała na paddle boardzie. Ma pani w planach kolejne ciekawe projekty w czerwieni?

Pozostał mi chyba tylko spadochron (śmiech).

Naprawdę planuje pani skoczyć ze spadochronem w czerwonej sukience?

Tak. Tylko cały czas się zastanawiam, jak to zrobić, żeby to było ciekawe ujęcie. Może uda mi się nagrać to tak, aby sukienka ułożyła się w kształt spadochronu? Jeszcze nie wiem jak, ale kiedyś ten pomysł ze spadochronem na pewno zrealizuję.

Wróćmy do zdjęć. Jak wcześniej wspomniała, jednym ze zrealizowanych projektów było pozowanie na tle siedmiu nowych cudów świata. Które z tych miejsc zrobiło na pani największe wrażenie?

Wszystkie te miejsca przerosły moje oczekiwania. Na pewno zachwycił mnie ogrom Petry w Jordanii. Ale nie jestem w stanie wskazać numeru jeden. Ja mam osobistą relację z wszystkimi siedmioma cudami świata (śmiech). Tutaj dodam, że odwiedziłam siedem cudów świata, ale mam w planach odwiedzenie pozostałych 14 miejsc, które nie trafiły do czołowej siódemki, w tym m.in. Alhambrę w Hiszpanii, Wyspę Wielkanocną, czy Stonehenge w Wielkiej Brytanii. Przede mną jeszcze bardzo wiele do zobaczenia.

Ale też bardzo wiele już pani zobaczyła. Liczyła pani, ile ma już zdjęć w czerwonej sukience?

Nie liczyłam dokładnie, ale około 200-300 zdjęć na pewno się już pojawiło.

A skąd u pani wzięło się to zamiłowanie do fotografii? Wszystko zaczęło się chyba wcześniej niż projekt „BB Lady in Red”.

Fotografowanie od zawsze było moją wielką pasją. Już jako studentka pojechałam na wymianę studencką do Ghany, gdzie miałam okazję fotografować Afrykę starym modelem rosyjskiego aparatu, Zenitem. Pamiętam, że wielu studentów z Europy Zachodniej, którzy mieli już lepsze, nowocześniejsze sprzęty, z ogromnym zdziwieniem i zainteresowaniem patrzyli na mój aparat (śmiech).

Po wyjeździe do USA chciałam trochę rozwinąć swoją pasję i zaczęłam studia fotograficzne w Columbia College. Później, przez 10-15 lat, zajmowałam się fotografią zawodowo – robiłam czarno-białe portrety rodzinne. Przyznam, że w pewnym momencie po prostu wypaliłam się zawodowo i odstawiłam aparat na kilka lat. Dopiero poznanie Instagrama pozwoliło mi na nowo czerpać frajdę z robienia zdjęć.

Czyli to projekt zdjęć w czerwonej sukience sprawił, że wróciła pani do fotografowania?

Tak, to pozwoliło mi wrócić do fotografii, tylko w innym wymiarze. Mogłam na nowo odkrywać piękno i uroki Chicago, podziwiać to miejsce z nowej perspektywy. Z czasem projekt rozszerzył się na inne kraje i stał się moją największą pasją, czymś, co daje mi ogromną radość i satysfakcję.

Pani konto na Instagramie obserwuje już ponad 90 tys. osób. Spodziewała się pani takiej popularności?

Nie spodziewałam się, tak naprawdę nie miałam żadnych oczekiwań co do tego projektu. Oczywiście bardzo się cieszę, że liczba obserwujących rośnie. To ogromna frajda, że mogę dzielić się swoimi zdjęciami z innymi. Muszę tu podkreślić, że do zwiększenia popularności mojego profilu goralka102 przyczyniła się Martyna Wojciechowska, która „przedstawiła mnie” swojej publiczności na Instagramie.

W minionym roku pozowała pani właśnie z Martyną Wojciechowską na tle Pałacu Kultury. Jaki wspomina pani tę sesję?

Zdjęcie z Martyną Wojciechowską było jednym z moich wielkich marzeń, dlatego bardzo się cieszę, że udało się je zrealizować. Ta sesja w 2021 roku, gdy pozowałyśmy wspólnie pod Pałacem Kultury w Warszawie, była dla mnie naprawdę niezwykłym doświadczeniem.

Jedno z marzeń udało się zrealizować. Jakie są kolejne?

Niedawno udało mi się też zrealizować inne marzenie, czyli wyjazd do Kenii, odwiedzenie plemion Samburu i zjedzenie śniadania z żyrafami. Marzy mi się także kolejne zdjęcie z Martyną Wojciechowską. Tym razem będzie to większe wyzwanie, bo chciałabym zrobić wspólną fotografię w czerwonych sukienkach na Mnichu w Tatrach. Ja byłam u Martyny w Warszawie, mam nadzieję, że teraz ona przyjedzie w moje rodzinne strony, w Tatry.

Podróżniczka pochodzi z Podhala i stara się regularnie odwiedzać rodzinne strony
fot. Archiwum prywatne

No właśnie, mieszka pani na co dzień w Chicago, ale pochodzi z Podhala.

Tak, jak mówi nazwa mojego profilu na Instagramie, goralka102, jestem góralką. Wychowałam się na Podhalu i tam chodziłam do szkoły. Skończyłam studia w Polsce, w Warszawie, a dopiero później wyjechałam do Chicago i tam już zostałam.

A co ściągnęło panią do USA, do Chicago?

Zaraz po ukończeniu studiów, pod koniec lat 80., wybrałam się na daleką wycieczkę z plecakiem zorganizowaną przez studenckie biuro podróży. Jeszcze przed wyjazdem ubiegałam się o wizę do USA, którą – ku mojej wielkiej radości – udało mi się uzyskać. Podróżowałam z Polski przez Hiszpanię, Kubę i Meksyk. Następnie granicę meksykańsko-amerykańską przekroczyłam pieszo w miejscowości Laredo. Tam złapałam autobus i przez tydzień jechałam do Chicago. Gdy tylko dotarłam do tego miasta, zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. W Chicago znalazłam swój drugi dom, tam założyłam rodzinę i postanowiłam zostać na stałe.

Odkąd ruszył projekt zdjęć w czerwonej sukience i szpilkach, sporo czasu spędza pani w podróży. W jaki sposób udaje się pani godzić wyjazdy po różnych zakątkach świata z codziennymi obowiązkami, z pracą?

W ostatnich latach mogłam pozwolić sobie na częstsze i dłuższe wyjazdy, bo moje dzieci są już dorosłe. Oprócz tego mam taką pracę, że mogę ją wykonywać w dowolnym miejscu na świecie. Ja też często podkreślam, że nie pracuje podczas podróży, ale podróżuje podczas pracy. Swój rekord wyjazdów pobiłam w 2019 roku, gdy udało mi się w ciągu 12 miesięcy odwiedzić siedem cudów świata. Chciałam chyba wtedy nadrobić wszystkie zaległości w podróżach.

Wiele osób pewnie myśli sobie: też bym tak chciał/chciała…

Wiem, że wiele osób by tak chciało i czasem słyszę pytania, jak mi się to udaje. Ja zawsze odpowiadam, że czasem trzeba po prostu poczekać na odpowiedni moment w życiu. Nie wszystko dzieje się od razu. Ja też nie podróżowałam tak często przez całe życie. Tak naprawdę dopiero w ostatnich latach mam taką okazję i staram się to najlepiej, najpełniej wykorzystywać, czego efektem jest właśnie projekt „BB Lady in Red”.

Muszę na koniec zapytać – ile ma pani w szafie czerwonych sukienek?

Mam tylko dwie czerwone sukienki, które wykorzystuje do sesji zdjęciowych. Drugą, identyczną, kupiłam kilka lat temu na wypadek, gdyby ta pierwsza się zniszczyła lub zgubiła.

A co z czerwonymi szpilkami?

Mam ich siedem lub osiem par. Chociaż trzy z nich są już zniszczone. Jedne szpilki nie przetrwały sesji zdjęciowej w Morzu Martwym – zasolenie wody było tak wysokie, że nie dało się ich już uratować. Ale nadal wykorzystuje je na przykład do sadzenia kwiatków w ogrodzie, w Poroninie.

Sadzi pani kwiatki w szpilkach?

Tak (śmiech). Kiedyś te buty służyły mi do zdjęć, teraz świetnie sprawdzają się w ogrodzie.

Bożena Budzyńska – pochodzi z Podhala. Od 30 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Zawodowo zajmowała się fotografią, m.in. wykonywaniem portretów. W sieci jest znana przede wszystkim z profilu @goralka102 na Instagramie, gdzie wrzuca zdjęcia ze swoich podróży w czerwonej sukience.

Nina Czochara
Nina Czochara

Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Rzeszowskim. Wielka miłośniczka języka polskiego i podróży. Od lat zajmuje się pisaniem. Wcześniej copywriterka w biurze podróży, obecnie redaktorka działu Podróże portalu RadioZET.pl. Kocha Tajlandię, Włochy i Grecję, ale lubi też od czasu do czasu rozbić namiot na Mazurach i tam odciąć się od świata. W wolnej chwili czyta, uczy się grać na keyboardzie, spaceruje i jeździ na rowerze.